"Zdajemy na dana"



Jak wiecie trenuję taekwondo. Dokładnie tydzień temu miałam egzamin na czarny pas. Tak dokładniej to zdawałam na pierwszego dana, jest to pierwszy stopień mistrzowski przypominam niewtajemniczonym. Dzisiaj opowiem wam jak wyglądały moje przygotowania, a jest co opowiadać.

Cała historia zaczęła się pół roku temu, wtedy powiedziałam trenerowi, że chce przystąpić do egzaminu. Trener nie miał nic przeciwko,zaczęłam się trochę uczyć. Bardziej z nazewnictwa, choć i tak moja wiedza na ten temat była mizerna. Nauczyłam się nawet dwóch układów, które jak się potem okazało robiłam źle. I po co się starać? Oczywiście żartuję, ale byłam trochę zdenerwowana, bo straciłam na tym sporo czasu. Na początku obozu zapadło mi w pamięć ironiczne pytanie: "I z tego ma być czarny pas?". Wtedy to już wybuchłam.

Specjalnie pojechałam na obóz (o którym więcej możecie poczytać w tym poście) żeby się przygotować. Tak na prawdę to musiałam zaczynać praktycznie od początku. Znajomi mi pomagali, jedni chętniej inni mniej. Ważne, że mnie nauczyli i jestem im za to bardzo wdzięczna. Mieliśmy małą grupę, która miała oddzielny trening, prowadzony właśnie pod kątem egzaminu. Trenerzy uczyli nas, poprawiali, doradzali i podpowiadali, jak można by to zrobić lepiej. Zwłaszcza przy samoobronie.

Rozgrzewka
Prowadził jeden z trenerów przystępujących do egzaminu, w sumie wtedy nic ciekawego się nie wydarzyło. Duży stres, napięcie i robienie zdjęć do dokumentów. Każdy był w doboku, więc powinny wyjść bardzo ładnie.


Samoobrona
Właśnie te zajęcia były najciekawsze.Oczywiście dla tych co stali z boku. Nie ma w tym nic fajnego, być akurat osobą atakującą, która nie wiadomo kiedy jest podrzucana do góry, a gdy już spadnie to jeszcze dobita. No dobra, na początku było to ciekawe doświadczenie, ale w końcu przestaje się podobać. Pozdzierana skóra po upadkach na matę, powykręcane nadgarstki, palce i bolący nos. Tak właśnie kończyły się treningi samoobrony. Tyle osób lubiło mną miotać we wszystkie strony, że już mi wystarczy na kilka lat. Chyba nie lubię latać. Na egzaminie musieliśmy pokazać dwanaście akcji na osobę. Czyli jednak sporo. Tego samego dnia co egzamin, kolega wybił sobie kciuka, który no nie ukrywajmy przydaje się chwytania. Także dodatkowe utrudnienie. Ten sam znajomy został na koniec wyróżniony na tle innych. Więc brawa dla niego.

Poomse
Układy nie były najtrudniejsze, jednak i tak stres zrobił swoje. Nie byłam skupiona tak jak powinnam. Chyba muszę nauczyć się go opanowywać, bo długo tak nie pociągnę. Przynajmniej ładnie wyglądało to z boku. Podchodziliśmy po trzy osoby i robimy układ. Nic szczególnego.

One steps'y
Czyli "walka" na jeden krok. Jest dwanaście ręcznych i dwanaście nożnych. Znaczy tyle musieliśmy pokazać na egzaminie. Jak przyjechałam nie znałam ani jednego. W mniej więcej trzy dni jakoś je ogarnęłam. W razie czego można było improwizować. Potem komisja pytała z wiedzy o taekwondo. To była bardzo przyjemna część egzaminu :)

Łamanie desek
Przez cały egzamin czekałam na ten moment. Dwoma technikami nożnymi rozbiłam deski bez problemu. Za to przy ręcznej nie było tak wesoło, źle uderzyłam i stłukłam sobie rękę. Oczywiście deska się nie rozbiła, więc musiałam powtórzyć cios z bolącą dłonią. Potem było już z górki. Wrażenie zrobił jeden pan, co rozbił ją palcami (dokładnie z powierzchni pyonson kut), inny rozbił deskę na trzy części z kopnięcia po obrocie o 540 stopni. Było co oglądać.



Walki
Nie lubię walczyć. Zawsze mam wrażenie, że przypadkiem komuś coś zrobię. Trochę dziwne, bo trenuję już od dłuższego czasu i moje obawy powinny już dawno zaniknąć. Powiem wam, że na egzaminie, nie było źle. Mieliśmy po prostu pokazać, że wiemy jak to powinno wyglądać. Trochę się poruszałyśmy z moją przeciwniczką i mogłyśmy już tylko czekać na wyniki. Tak, to była ostatnia część egzaminu. Nie zapomnę momentu, w którym panowało przerażenie na sali. Podczas walki kolega kopną w łokieć przeciwnika i nagle na jego stopie pojawiła się wielka opuchlizna. Dostał lód do przyłożenia, tam go opatrują, kiedy pada wypowiedź-Nie no ja muszę to nagrać! Wszyscy chcieli wybuchnąć śmiechem, gdyby to nie był egzamin to pewnie byśmy tak zrobili. Poza spuchniętą stopą i wybitego kciuka były takie kontuzję jak wybity palec u nogi, rozcięte dłonie (ci którzy trzymali deski), mocno stłuczone udo i z tych poważniejszych to chyba tyle.


Przeddzień egzaminu okropnie się bałam, zresztą wcześniej też. I na egzaminie jeszcze bardziej. Nawet zastanowiłam się czy przypadkiem się nie zgubić gdzieś po drodze na salę gimnastyczną naszego super ośrodka. Śmiało mogę powiedzieć, że nie było czego się bać. Wszystko odbyło się w miłej atmosferze, komisja miała dobry humor, przy okazji poznałam nowych ludzi. A tak na koniec pochwalę się wam, że ZDAŁAM! Pozostali również, więc było co świętować. Kolejny cel osiągnięty, pora brać się za następne!

3 komentarze:

  1. No to gratulacje :D Mi się chciało zdawać tylko do zielonego z niebieską, bo te egzaminy to głównie nazewnictwo i historia ><

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję!: )
    http://gruszka-aguszka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń