Oda do jedzenia


Tak, każdy ma jakieś swoje odchyły. Są ludzie liczący każdą kalorię, niewychodzący z domu bez makijażu, a ja lubię jedzenie. I to spora część mojego życia jest w to zaangażowana. To co, że nie umiem gotować. Tylko nie myślcie sobie teraz, że jestem wielką turlającą się beczką. Mam się dobrze, na prawdę. Przydałoby się podać wam kilka przykładów. To zaczynajmy!


  1. Temat do rozmowy
    Zawsze kiedy brakuje mi tematu, albo rozpoczynam jakieś nowe znajomości musi być mowa o jedzeniu. W starych ten motyw pojawia się niejednokrotnie, nieraz nawet jest on głównym tematem spotkania, przykładowo "sernikowe spotkanie". Jako grupka znajomych lubiących ciasta zorganizowałyśmy sobie mały event... Dobra, po prostu kupiłyśmy sernik, zaparzyłyśmy kawę i cieszyłyśmy się tym, jakże cudownym połączeniem. Rodem niczym z blogów slow lifestylowych. Jedzenie łączy ludzi i tyle :)
  2. KAWA, KAWA, KAWA
    Tydzień bez kawy nie wchodzi w grę. Kiedy byłam na obozie chłopaki byli zmuszeni słuchać mojego marudzenia, że "wypiłabym sobie kawy". I z góry mówię, że nie zaspokoi mnie byle jaka kawa rozpuszczalna z saszetki trzy w jednym. Musiałam więc grzecznie czekać, aż wrócę do domu. W końcu poszliśmy do Maca. Myślę, że to był dobry pomysł.


  3. Gdzie my, tam i jedzenie.
    Myślę, że ten punkt akurat dotyczy wszystkich. Jemy wszędzie, ewentualnie pijemy: w domu, szkole, przy spotkaniach towarzyskich, barach, meczach, kinie, przy meczach, filmach i tak dalej, i tak dalej. Więc nic w tym dziwnego. Swoją drogą, dzięki temu żaden dobry jedzeniowy biznes nie upadnie.

  4. Obowiązkowa lektura w księgarniach
    Wchodząc do sklepu z książkami mam dwie obowiązkowe rzeczy do zrobienia. Pierwsza to taka, że lecę na dział z fantastyką, szukam Trudi Canavan i spoglądając na cudowne okładki jej książek wybieram jedną. Otwieram na dowolnej stronie, czytam fragment. Jak nie pamiętam danej sytuacji to znak, że muszę przeczytać kilka stron wstecz. Drugim stoiskiem, które trzeba odwiedzić są książki kucharskie. Selekcja książek odbywa się mniej więcej tak: mało obrazków-dalej; te nie wyglądają smacznie... Ojejciu ile obrazków! Nie muszę mówić którą przejrzałam całą. Jeszcze żadnej książki nie kupiłam idąc tym tropem, ale chociaż trochę nacieszyłam oczy pięknymi widokami. Przy wybieraniu praktycznej książki (czyli takiej, w której nie oglądam tylko zdjęcia) czytam tylko jeden przepis, w dodatku na przypadkowej stronie. Jak mnie nie zainteresuje, patrze na zdjęcie- ładne? To ma jeszcze drugą szansę.

  5. Podziwianie w sieci
    Żeby tego było mało, uwielbiam oglądać zdjęcia jedzenia na Instagramie, Weheartit, Tumblrze i wszędzie gdzie jest na co popatrzeć. To własnie na nie idzie połowa moich lajków. Ostatnio przeglądałam mój dysk i są tam całkiem spore ilości inspiracji do healthy food. No cóż, inni lubią zbierać znaczki.

  6. Fotograf
    W końcu skończyło się na tym, że sama je fotografuję. Oczywiście jak ładnie wygląda. Podczas mojej kariery nie udało mi się zrobić ani jednego wystarczająco dobrego zdjęcia owsianki. Ale praktyka czyni mistrza, więc się nie poddaję!


  7. -MAMOO, JEŚĆ!
    Mój organizm już się przyzwyczaił jeść o wyznaczonych porach. Czyli tak mniej więcej co 3-4h. Prawdopodobnie tak jest zdrowo, więc ok. Czasem jak się nudzę to lubię coś żuć, wtedy fioletowe Airwaysy lub niebieskie Winterfreshe przychodzą mi na ratunek.
Opowiedziałam wam o moim dziwnym hobby (myślę, że tak to można nazwać). Jeżeli spodziewaliście się opowieści, że gapię się z pożerającym wzrokiem na stoiska z koktajlem truskawkowym i dodatkiem kiwi to uspokajam was, że nie jest tak źle. Jedzenie jest fajne. 

1 komentarz:

  1. hihi , jedzenie to jest to :) A kawa ..uhh ta z Mcd jest całkiem spoko :D

    http://thisenemyofmine.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń