Poznajcie nasz obóz


Gdzie znaleźć tak pozytywnych ludzi, jak nie na obozie sportowym? Kilka klubów z całej Polski, znakomita kadra trenerska, dużo treningów i jeszcze więcej dobrej zabawy pomogło nam przeżyć te dwa tygodnie. To już któryś raz z rzędu tutaj jestem i cały czas Puck mnie zaskakuje. A raczej ludzie, którzy byli tam ze mną. Przypominam, że tam wszyscy trenują taekwondo.

Może na początek jak wyglądał dzień zawodnika. Pierwszy trening, zwany u nas "rozruchem" zaczynał się o siódmej. Potem szybko na śniadanie, o dziesiątej wszyscy lecieli na trening, który chyba zazwyczaj był na plaży. Ja szłam na ten o jedenastej, bo przygotowywałam się do egzaminu na czarny pas i wypadałoby się nauczyć poomse... Były jeszcze treningi typowo nastawione na taekwondo oraz wieczorne biegi, w których nie mogłam brać udziału, bo egzamin. Poza tym mieliśmy czas wolny.

Mieszkaliśmy w szkole, niedaleko plaży, sklepów i Manhattanu. Brzmi jak z jakiegoś filmu. Tak miejscowi nazywali centrum miasta.W sumie, czemu nie? Pizzeria znała już nasz adres na pamięć, trzeba było się gdzieś żywić, w końcu szkolne kucharki talentem kulinarnym nie grzeszyły. Serio, niektórych rzeczy nie dało się jeść. W sumie ta pizza też najlepsza nie była. Codziennie na śniadanie i kolacje były kanapki. Chyba już ich nie lubię. Za to znaleźliśmy gdzie robią najlepsze gofry z bitą śmietaną i owocami oraz śmietankowe świderki. Ostatnia budka na zielonej plaży w Pucku, polecam. Jak wyglądał nasz pokój? Była to sala lekcyjna, tylko że z łóżkami (moje trzeszczało), szafami, szafeczkami, stolikiem i trzema drewnianymi krzesłami. A na ścianie graffiti. Komentarz współlokatorki: Czuję się jakbym spała pod mostem. W nocy atakowały nas niejakie Bazyliszki. Małe zielone owady, wyglądające jak muszki, które koniecznie muszą pędzić w stronę światła. Na następny dzień były już martwe. Na terenie naszego super ośrodka mieliśmy też boiska do gry w piłkę nożną i kosza. Także bardzo fajnie.

Teraz trochę o naszych historiach.

Aby zdać egzamin na czarny pas trzeba nauczyć się sztuki samoobrony. Także na jednym z treningów przygotowawczych ćwiczyłam wcześniej przemyślane akcje. Coś mi nie szło, więc trener uznał, że pokaże mi coś lepszego. Zademonstrował to na mnie. I kilka kolejnych akcji również. Możecie więc sobie wyobrazić, że latałam sobie po całej sali, przynajmniej na wysokości metra. I tak przez kilka dni, ale przynajmniej czegoś się nauczyłam. I to nie tylko upadać.

 Był u nas Rudy, który nie lubił ćwiczyć. A jednak jakimś cudem znalazł się wśród nas. Mniejsza z tym. Nagrabił sobie trochę u trenerów.
-Rudy pompujesz.
           ...
-ile jeszcze?
-aż przestaniesz być rudy!
Następnego dnia Rudy uznał, że od zawsze chciał być blondynem i się przemalował. Od tamtej pory był pół blond, pół rudy. Więc chyba miał gorzej niż wcześniej. Ogólnie panowała jakaś epidemia ludzi chcąca być posiadaczami rudych włosów. Mnie to całe szczęście ominęło, bo wyglądałabym okropnie.

W międzyczasie ćwiczyłam z Tomkiem układy. Jak to się skończyło? Tak, że wybieraliśmy najlepszy okrzyk na egzamin. Wygrało "muuuuu".  A i oczywiście dopracowaliśmy pierwszy układ.



Pewnego słonecznego dnia wymyśliłam sobie, że nazewnictwa nauczę się na plaży. Rozkładam swój niebieski ręcznik niczego nie świadoma, niedaleko jakiegoś rowu. Ciągnie się on od połowy plaży do wody. Jakoś olałam temat, do czego to ma służyć. Jakieś dziecko w tle krzyknęło, że to robota psa. Bardzo mądrego psa. Niebawem przybiegła kolonia. Mnóstwo dzieci w żółtych chusteczkach na szyi, przechodziła przez tajemniczy tunel. Fajna zabawa, nawet miło się na to patrzyło, ale niczego się nie nauczyłam.

Ćwiczyłam sobie łamanie desek. Okropnie się bałam, bo z moim szczęściem to przecież nogę sobie złamię.Kończyny całe, żyję, nawet nic nie bolało a deski złamane. Tak się chciałam tylko pochwalić ;)

 Na naszym obozie można było zrobić sobie kurs instruktora taekwondo, przyjechało na niego sporo osób, nawet mieszkałam z kilkoma z nich. Jakie mieliście najdziwniejsze miejsce do poznawania nowych ludzi? Ja łazienkę. Właśnie sporą część osób z tego kursu poznałam podczas porannego szczotkowania zębów. Tak też doszło do tego, że wybrałam się z Wojtkiem i Kubą na koncert Farny. Nie słucham jej, ale jak dzieje się coś ciekawego to nie może mnie tam zabraknąć. Już wyszykowani schodzimy po schodach i rozmawiamy:
-Sylwia, to ty już kończysz liceum, tak?
-Dopiero je zaczynam, jestem w pierwszej klasie.
Kolega nie ukrywał zdziwienia. To było nic w porównaniu z rozmową z młodszym kolegą, dziewięcioletnim Kacperkiem.
-Wyglądasz mi na 67 lat.
-Nie za dużo trochę?
-No dobra, 54.
-Nie przejmuj się, mi mówił że mam 70- dołącza się do rozmowy Weronika.
-Kacperek, ale ja mam 16 lat.
-W sumie to na tyle wyglądasz, mój brat też ma tyle to wiem.
Czyli jak doznać szoku w niecałą minutę.


Wracając do tej łazienki. Oprócz rozmów, które umilały bardzo nieogarnięte poranki, codziennie rano widziałam panią z dwoma jamnikami na smyczy. Bardzo zabawnie one wyglądały, takie dwa serdelki. Potem rozmowy przenosiły się na wieczorne gry w kenta. Jako, że ja nie mam szczęścia do kart, to je tasowałam. W końcu i tego mi zabronili.

Z inną grupką znajomych gramy w kenta. Ja z Igorem vs. Weronika i Michał. Jestem w pełni szczęśliwa, że wygrywam. Podczas przerwy Weronika mówi do mnie "A tak na marginesie to pokazywałam ci znak". To już się nacieszyłam.

W ogóle te wieczorne rozmowy były najfajniejsze, mimo że już czasami zamulaliśmy. Raz zamiast naszych super wieczorów poszliśmy na dyskotekę. Nie wiem jak mam ją podsumować. Mała grupka wywija na parkiecie i myślą, że potrafią tańczyć (w tym ja), część asekuruje ściany, żeby przypadkiem do katastrofy budowlanej nie doszło, jedna osoba okupywała włącznik światła i zadbała o efekty specjalne i ból oczu. Nie zabrakło też DJów. Ale oni po prostu siedzieli przy głośniku. Na drugiej imprezie już nie byłam, świętowałam zdany egzamin w węższym gronie osób. Pod koniec obozu był zorganizowany konkurs kabaretów. Genialna była parodia naszych kochanych trenerów i gra w pytania, którą pewnie kojarzycie.

To na tyle historii, które nadają się do opublikowania na blogu. Wakacje ze znajomymi, z którymi masz wspólną pasję są cudowne. Polecam, bo pozytywnych emocji nigdy za wiele!


2 komentarze:

  1. Hahaha, muszę usłyszeć więcej :)
    Widzę, że się nie nudziłaś. Jak sądzisz, to najfajniejszy punkt tegorocznych wakacji?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno najlepsza przygoda w lipcu. Ale wakacje jeszcze sie nie koncza, wiec czekam na wiecej :)

      Usuń