Robimy sześciopak


Jakie były moje początki związane ze sportem to już wiecie. Jak u każdego- bardzo ciężkie. Przyszedł taki czas, w którym zdobyłam już jakąś pozycję kondycyjną i chciałam czegoś więcej. Uznałam, że to idealny moment na poprawienie swojej sylwetki, a dokładniej dodać do niej szczypty widocznych mięśni.

Nie mając żadnego doświadczenia w domowych treningach wyszukałam w internecie ćwiczenia na brzuch. To na nim chciałam się wtedy skupić. Nic zaskakującego, że na pierwszym miejscu była szóstka Weidera. Do dzisiaj nie jestem pewna czy to była dla mnie największa zmora czy ogromy sukces.

 Po pierwsze przy pierwszym podejściu udało mi ukończyć to wyzwanie. To chyba sukces. Ćwiczenia były tak nudne, że czekałam na ostatnie powtórzenie. Moje mięśnie się rozwinęły, byłam z nich dumna, ale ... były nierównomiernie.

Zauważcie, że mamy sześć różnych ćwiczeń. Z tego cztery na górne partie mięśni prostych brzucha. Wiele czasu zajęło mi, żeby zmniejszyć różnice. W sumie to nadal jakieś są. Kolejną sprawą jest to, że A6W obciążyło mi kręgosłup. Może ja robiłam coś źle, ale z tego co wiem to nie tylko ja odczuwałam dyskomfort przy ćwiczeniach. Całe szczęście, nieprzyjemności szybko przeszły w zapomnienie. Ponadto zrobił mi się wielki siniak na kręgosłupie. Należę do tych co mają wystający kręgosłup i według mnie czasami wyglądam jak dinozaur, wiec nawet mata nie uratowała mnie przed szkodami.

W miedzy czasie dokształcałam się i zaczytywałam w fitblogach. Nawet sama starałam się takiego prowadzić.  Mając już jakieś informacje na temat healthy lifestylu zaczęłam się zdrowo odżywiać, ćwiczyć przy laptopie. Można było obserwować, jak rodzi się nowa maniaczka zdrowia. Miałam wzloty i upadki, więc całe szczęście nią się nie stałam. Piszę całe szczęście, bo nie można z niczym przesadzać.

Rok temu, efekty po A6W

Jednak nadal żyję sobie wśród owoców i warzyw i jestem szczęśliwa. W sumie to odkąd pamiętam jadłam takie rzeczy, więc dla mnie to nic nowego. Prawdziwym wyzwaniem dla mojej diety było zrezygnowanie z fast foodów i słodyczy. Robiłam sobie miesięczne wyzwanie, z dnia na dzień przestałam słodzić herbatę i nie słodzę jej do dziś. Nawet nie brakuje mi słodkiej herbaty. Pozostawiłam sobie kilka ulubionych słodkości, które mogę jeść. Były to lody, czekolada, żelki i ciasta. Mogłam się pożegnać ze wszystkimi landrynkami i ciasteczkami. Za słodkimi napojami nie tęskniłam, bo byłam przyzwyczajona, że piję herbatę lub wodę.

Razem ze znajomymi prowadziliśmy taki tryb życia. Wzajemnie się motywowaliśmy i biliśmy się nawzajem po rękach, kiedy kogoś pokusiło coś do zakazanego jedzenia. Razem biegaliśmy, ustalaliśmy jakie ćwiczenia dzisiaj robimy. To było fajne, a co najważniejsze nie było opcji poddania się. Jak umawiamy się na ósmą rano na bieganie w wakacje to idziemy. Wszyscy. Bo się umówiliśmy.

Próbowałam treningów z Ewą Chodzakowską, Mel B, nawet dwa dni z programem INSANITY. Kupiłam sobie ciężarki, zaczęłam rozwijać całe ciało, nie tylko brzuch. Wielkim sukcesem jest to, że nauczyłam się robić pompek. Potem zaczęłam się podciągać na drążku. Aż przyszedł moment na chęć spróbowania miesięcznego wyzwania z przysiadami. Cholera, po co ja je robiłam! Efekt jest, co do tego mam pewność, ale przy takim natłoku ćwiczeń dołożyłam sobie jeszcze to. Moje kolana były przemęczone. Kiedy już wyzwanie skończyłam, nie miały nawet dnia wytchnienia, kiedy to miałam intensywny okres ćwiczeń. Wytrzymałościówki, treningi nastawione na siłę, dodatkowo dołożyłam sobie bieganie. Kolana nie wytrzymały i zaczęło się z nimi źle dziać. Całe szczęście, że mogę teraz w miarę normalnie ćwiczyć.

Pamiętajcie, że z takimi wyzwaniami, trzeba uważać. Szczególnie gdy mamy tylko jeden dzień do regeneracji!

Ostatnio spotkałam przypadkiem koleżankę na basenie. Podczas rozmowy zapytałam się co ona robiła, że ma taki śliczny brzuch. Jedną z jej rad było nie jedzenie czekolady. Był to dla mnie szok, bo czekolada to moje kochanie, rzecz jasna zaraz po kawie. No ale cóż, spróbowałam. Od jakiegoś miesiąca zjadłam może z mały kawałeczek i wcale mi jej nie brakuje. Widzicie, wystarczy odpowiednia motywacja! Efekty ćwiczeń są lepsze. Co prawda nic nie zastąpi diety, ale na razie nie mam ochoty na takie wariacje.

Moja przygoda z upiększaniem sylwetki nadal trwa. Ostatnio pokochałam basen i jeszcze bardziej pompki. Zaczęło się od tego, że na moje zdanie "kiedyś też będę miała taki brzuch" odpowiedziano sarkastycznie "KIEDYŚ". Niby taka głupota, a jak motywuje! Z dnia na dzień jestem coraz bliżej celu niż dalej. Najgorzej jest zacząć, potem jest coraz lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz