Naleśniki i seria niefortunnych zdarzeń


Pamiętasz ten czas kiedy przez pół dnia i jeszcze więcej zastanawiałeś się na co masz ochotę? Mi zdarza się to średnio raz na tydzień, ale zwykle przechodzi. Nie tym razem. Po długim i ciężkim namyśle już wiedziałam czym "to coś" jest. Pragnęłam naleśników.

We wpisach gotujPozytywnie możecie obserwować moje postępy w świecie kulinarnym. Myślę, że siedemnaście lat to odpowiedni wiek na to, żeby powiększyć swoje umiejętności i wyjść z poziomu "jajecznicy", a tym samym zagwarantować sobie przeżycie na dalszych etapach rozwoju. To jak to było z tymi naleśnikami?


W mojej bardzo krótkiej przygodzie z kuchnią były one dla mnie największą zmorą. Znaczy nie  przygotowanie samej masy, ale ich smażenie. Wszystko było lepsze niż stanie nad tą okropną patelnią i patrzenie jak nieudolnie przekręcam tą cienkie krążki, które miały być tak proste w zrobieniu!  Co nie zabrałam się do ich robienia, to coś poszło nie tak. A to któregoś spaliłam, zapomniałam o tym że bez oleju ciężko będzie wydostać je z patelni i zawsze, ale to zawsze rozwalały mi się przy przekręcaniu. No ileż można! W końcu uznałam, że dam im ostatnią szansę. Jak mi nie idzie ze standardowymi naleśnikami, to może spróbuję z amerykańskimi pancakesami. Myślałam, że nie da się ich rozwalić i tutaj się myliłam. Aż wstyd się przyznać, ale wyszły one jeszcze gorzej niż normalne. Pamiętam to jakby to było wczoraj: razem z moją przyjaciółką przyszłyśmy do mnie i zaczęłyśmy czarować w kuchni. Nasze rozlatujące się pancaksy przeszły konkurs miss naleśnika (robiłyśmy zdjęcia na już nieistniejącego bloga) i polałyśmy je sosem czekoladowym. To był najgorszy sos czekoladowy w historii ludzkości.



Po tych wszystkich ekscesach uznałyśmy, że wyszłyby całkiem dobre gdybyśmy je podsmażyły trochę dłużej i nie polewały tym sosem. Logiczne. W sumie to przepis był całkiem dobry, ale coś z nami było nie tak...

Jednak nie poddawałam się, bitwa o naleśniki była bardzo zacięta. Głównie z tego powodu, że jest to moje ulubione bezmięsne danie. Tak, naleśniki traktuję jako pełny obiad. Nie jako deser.
Walcząc dalej, wczorajszego dnia przyglądałam się uważnie jak moja mama smaży te głupie okrągłe krążki. Obserwowałam tak uważnie, że czułam się jak mój pies, który niecierpliwie czeka na swoje jedzenie.



Pamiętacie moje rysunki? Mniej więcej tak to wyglądało. Po prawej stronie jest ukazane szczęście, gdy wreszcie dostałam się do patelni.

 Kiedy mama poszła odebrać telefon, ja niepostrzeżenie wślizgnęłam się przed kuchenkę (tak na prawdę to zapytałam mamę, czy mogę spróbować, ale chciałam wprowadzić trochę akcji w opowiadanie)  i powtarzałam z uwagą każdy krok, tak żeby niczego nie zepsuć. Znaczy, żeby naleśnik się nie rozleciał... I wiecie co: UDAŁO SIĘ! Szczęście nie do opisania. Czuję, że niedługo stanę się wielką, tłustą kulką albo  zamienię się w naleśnikowy krążek. Serio, są tak dobre, że żadna naleśnikarnia ich nie przebije.


Podsumowanie:

1 za mocno usmażony naleśnik, ale nie spalony!

1 rozwalony naleśnik niczym  skasowany samochód- nie do odratowania. Ale szybko go zjadłam, więc już nie ma żadnego.
mnóstwo udanych naleśników i ogromna satysfakcja
1 naleśnik ninja



Powiedzenie "trening czyni mistrza" sprawdziło się i teraz mogę cieszyć się naleśnikami o dowolnej porze, taka tam szczypta niezależności. Trzymajcie się ciepło i dajcie znać czy tylko ja mam takie przygody w kuchni!


Jak szybko i skutecznie przegrać walkę


Nie zrozumcie mnie źle, taekwondo to wspaniały sport. Na prawdę je uwielbiam, ale to co można zaobserwować na zawodach jest warte spisania. Zapraszam do przeczytania najdziwniejszych sytuacji na macie. No i w sumie poza nią też. 



Jak szybko i skutecznie przegrać prawie wygraną walkę?


 Zbijać wagę- tym terminem posługują się sportowcy, którzy w bardzo krótkim czasie muszą zrzucić trochę swojego kochanego ciałka. Mistrzostwem jest 10kg w tydzień. Także kolega zbijał wagę, a wraz z tym nie był w stanie zregenerować swojej siły w 100%. Następnego dnia mógł wygrać walkę, jego przeciwnik nie był bardzo doświadczonym zawodnikiem. Ale nie wygrał, trochę smutne. 

Ja również zbijałam wagę. Wiecie zero słodyczy, tuczących dań i niewyobrażalna ilość ruchu. Dziewięciogodzinną podróż przeżyłam na 300kcl a wszystko po to żeby dowiedzieć się, że miałam 1,5kg zapasu. Po polsku: jeden batonik by mi nie zaszkodził. Nie polecam.

I tak najfajniej było podczas podróży: mam swoja "dietę", a tu nagle kolega siedzący najbliżej wyciąga cudowną czekoladę. Ból, rozpacz i uzależnienie.


Ktoś zbijał wagę. Niby to tylko woda, ale biegał i żył w pełnym ortalionowym dresie z kapturem. Dodam, że na dworze był 30 stopniowy ukrop. Podobny klimat można spotkać w piekarniku.

Po wadze dostajesz od kolegów najlepsza kanapkę świata. Serek topiony i salami - BEZCENNE



Przychodzi dzień prawdziwych zawodów, mam tutaj na myśli walki z super rozwiniętymi taktykami, lataniem nad przeciwnikiem, obrotówki, kopnięcia z przeskoku a do tego dym i efekty świetlne rodem z kina akcji. A co widzisz? Zawodnika z super długimi nogami, ma on idealną sytuację, żeby zrobić show. Ale nie, on woli machać sobie nogą w górze przez 9 min. Wygrywa ten kto ma silniejsze mięśnie pośladkowe. Super walka.

Dziewczyna wychodzi na matę w miarę dobrym humorze, o ile w ogóle można tak się czuć przed walką. Mówi sobie "pamiętaj o gardzie". Wszyscy o tym przypominają. Ba, drą się na nią żeby wreszcie podniosła te ręce. Nic z tego. Kopnięcia na głowę, a wraz z nimi punkty, wchodzą w zastraszającym tempie. I na dodatek zastanawia się co poszło nie tak...

Jak już dostała w głowę, to niech odsunie się jeszcze trochę (oczywiście nie wykonując żadnej kontry) i przygotuje swojej przeciwniczce pas startowy do wykonania kopnięcia. Nie chciała znowu dostać, ale wejście do klinczu i zatrzymanie tych nieszczęsnych akcji było bardziej przerażające od złamanego nosa. Analizujcie walki i starajcie się wyciągać z nich wnioski. Z tej można wyciągnąć bardzo podstawowe błędy: garda i odpowiedni dystans. 

Chyba najgorsze z możliwych, czysty przypadek: w ostatnich 30 sekundach walki kolega dostał kopnięcie w nos. Krew się leje, musiał zejść z maty. Wygrałby tą walkę, chwila nieuwagi i koniec. Trzeba być czujnym do samego końca.

Na pewno genialnie walczy się z człowiekiem dwa razy wyższym. To uczucie kiedy chcesz kopnąć na głowę, a nie dostajesz...

Pierwsza walka, wchodzę przerażona. Nie wiem co się dzieje, sędzia każe mi się ukłonić. Chwila, ale nie mam z kim walczyć. Schodzę z maty:
-To wszystko?- pytam z niedowierzaniem trenera
-Tak,wygrałaś.
To  wydarzenie pozwoliło mi się trochę wyluzować, potem było już tylko lepiej. Energia do następnej walki powróciła!

Nie zawsze ma się szczęście na macie, nie zawsze można wygrywać. Jednak trzeba pamiętać, że z każdych zawodów wynosi się coś więcej niż masę siniaków i kontuzje. Przede wszystkich  zdobywa się doświadczenie, im więcej go mamy tym bardziej potrafimy skupić się na walce, a nie na tym jak wypadniemy w oczach innych. To, że ktoś raz na jakiś czas wpadł w komentatora czy rozwalił wszystkie reklamy to rzecz normalna i nie ma się czym przejmować. Rób swoje i nie oglądaj się na innych.

Jak produktywnie zmarnować czas


Masz coś pilnego do załatwienia? Świetnie, czas na prokrastynację!


Chodakowska już po treningu. Jak ona to i ja!
No bo jak to tak, przecież nie mogę być pasztetem.

Oglądanie memów
Tradycyjnie. Instagramów, facebooków i innych pinterestów także. A potem przez resztę dnia myśl o kocie w  pudełku...




Wczoraj nie zjadłam kolacji...
Pora na podwójnego hamburgera i sałatkę!
Hamburger, bo po takim treningu to mi się należy. Zrobię zdjęcie sałatki i wstawię na insta. Potem oddam ją siostrze.

Mamo, gdzie jest moja pościel w owieczki?
Akurat ta, bo jest ona tą: ukochaną, zapomnianą, niezwykłą, czarującą, mięciutką, wypraną w tym super pachnącym proszku, idealnie uzupełniającą wystrój pokoju kołderką . I na pewno leży w trudno dostępnym miejscu.

Mój dysk potrzebuje pomocy
Musisz na jutro napisać scenariusz prezentacji, ale jakimś dziwnym trafem znajdujesz miliony folderów ze zdjęciami, dokumentami i całą masą grafik ze słodkimi pandami. Przypadek?
No i co tu zrobić... jedynym sensownym wyjściem wydaje się zrobienie "czystki plików". Twój wewnętrzny głos mówi: "Czas na zmianę, jak możesz pracować w takim syfie?".




Misja ciasteczko
Nasz jakże wyczulony zmysł estetyki w czasie egzaminów nadal pokazuje, że żyje i ma się dobrze. Aż się w tobie gotuje, kiedy widzisz pozostałości z ciasta jednego z domowników. Jesteś zmuszony wezwać policję, specjalne oddziały zajmujące się dezynfekcją i epidemiami, nie zapomnij o przeprowadzeniu śledztwa. Kiedy już znajdziesz winowajcę, uznaj że nie będziesz robić kłopotu, bo to posprzątasz. Ale żeby to był ostatni raz, bo musisz się uczyć!


Moje skarpetki nie są poukładane kolorystycznie
Jeżeli podświadomie chcesz przełożyć coś bardzo ważnego na później to segregacja skarpetek jest idealna. Wypróbowane, daję lajka. Zobacz ile masz możliwości: od najjaśniejszych, najciemniejszych, możesz układać je naprzemiennie, jednolite po lewej stronie, we wzorki po prawej lub po prostu według ściegu znajdującego się na ściągaczu skarpetki. Pewnie bałagan zawita ponownie, więc spokojnie. Będziesz mógł wypróbować wszystkie możliwości.

Wiem, że macie ulubione zajęcia w takie właśnie dni. Z chęcią przeczytam jak unikacie swoich obowiązków :)



źródło pand: pinterest

Dlaczego książki nie mają obrazków?


Mam wspaniałych znajomych  i za czasów papierowych kart bibliotecznych, mniej więcej co pół roku, pani bibliotekarka musiała wyrabiać im nową. Jeden z nich założył własną bibliotekę. Całą sagę Wiedźmina znają na pamięć, bo przecież to nic dziwnego jak czyta się ją już piętnasty raz. Chcą lecieć w nieznaną podróż z Bilbo Bagginsem, mają ulubione cytaty z Sherlocka Homesa i uznają wielkość Stevena Kinga. Przepraszam, w czym jest problem?

W tym, że jednak większa część Polaków nie czyta książek. I jeszcze się tym szczyci, tłumacząc się  że papierowe twory nie mają one obrazków. Sam nie masz obrazków.
Przez dłuższy czas nie rozumiałam fenomenu książek i tego jakim cudem moja mama pochłania je w ekspresowym tempie. Przecież nie ma za to ocen, ani nikt jej za to nie płaci. I uważałam tak dopóki nie nauczyłam się czytać. To była jedna z najwspanialszych rzeczy jakie mogłam zrobić będąc sześcioletnim dzieckiem.

To było coś cudownego! Jadąc samochodem wreszcie wiedziałam co jest napisane na wszystkich bilbordach, reklamach i tabliczkach. Umiałam napisać swoje imię i nazwisko. I to od tak! Nie patrzyłam na to czy piszę starannie, od linijki do linijki. Czytając książeczki dla dzieci mogłam nie tylko podziwiać obrazki, ale też rozumieć cały literkowy szyfr. Wyobraźcie sobie radość małej Sylwii.


Fajne było też to, że pomimo opisu bohatera w czarnym kapeluszu mogłam go sobie wyobrazić w bordowym, bo bardziej do niego pasował. Nikt nie mógł mi tego zabronić. Wiecie, początki niezależności. Nie tak jak podczas kolorowania liści, kiedy to pani zabrała mi fioletową kredkę mówiąc, że nie ma fioletowych liści. Dla mnie istniały, a to dopiero początek rozwoju mojej wyobraźni. W telewizji tak nie ma, jak coś jest czarne to ma być czarne. I nie pyskuj.

Ci ludzie, którzy odrzucili książki ze swojego życia powinni się wstydzić. Gratuluję wam, pozbawiliście się jednej z największych atrakcji. 

Chciałam mieć takie przygody jak moi rówieśnicy z książki "Dzieci z Bullerbyn", którą mi czytano jeszcze przed pojawieniem się u mnie super mocy (umiejętność czytania). Potem zaczęło się chodzenie po płotach, wędrówki do sklepów po dziwne w smaku lentynki i poznawanie zakamarków mojego osiedla, tak jak to było w lekturze. Z czasem ogarniał mnie coraz większy żal przy kończeniu książek. Bo przecież jak tak można? Dlatego uwielbiam trylogie ,mimo że do tej pory jest mi przykro, że Trudi Canavan uśmierciła mojego ulubionego bohatera. Żałoba do końca życia.




Tata pokazał mi jak fajne mogą być poradniki i literatura motywacyjna. Przeglądając domową biblioteczkę nigdy nie wiem od której książki mam zacząć, więc wyciągam ich całą stertę budując wokół siebie mur obronny i myśląc, że w ciągu godziny przeczytam piętnaście różnych pozycji. Jeszcze nigdy mi się nie udało, ale ciągle próbuję.

Uwielbiam ebooki! Dzięki nim moja sterta książek może być zawsze przy mnie. Nigdy nie wiadomo kiedy będę musiała użyć mojego wirtualnego zbioru. Wiele osób zarzuci ebookom brak fascynującej materii papierowej książki, mi to nie przeszkadza. Jestem chyba jednak z tych osób co nie wąchają, nie macają i nie zachwycają się tego typu rzeczami. W dodatku o wiele łatwiej czyta się wirtualną 600stronnicową książkę w podróży, niż jej papierową wersję. Wyjątkiem są podręczniki, w których lubię ujawnić swoją obecność. Wygodniej jest mi się uczyć z pozaznaczanych kolorowymi mazakami zdań. Po prostu muszę pokazać, że ktoś jednak tych stron używał.

Sami widzicie ile emocji łączy się z książkami. Cały tekst jest jednym wielkim, ruszającym się obrazem. A wszystko co ma emocje, jest pozytywne.

Sałatka bez nazwy


Sobota wieczór to idealny moment na powiedzenie sobie DOŚĆ i wzięcie sprawy w swoje ręce. Jak długo można tego unikać, jak długo można żyć we własnym cieniu... Może właśnie to idealny moment na odkrycie  talentu kulinarnego, tak Proszę Państwa dziś czas się pokazać! Zaczynamy serię gotujPozytywnie, w której możecie oglądać moje postępy w całkiem nieznanym dla mnie jak dotąd świecie. 


Pragnę przypomnieć, że moja styczność z gotowaniem jest niewielka i  niespecjalnie sprawiała mi radość. Uznałam jednak, że nie chcę do końca życia żywić się jajecznicą opanowaną do perfekcji i  naleśnikami smażonymi tylko z jednej strony. Zaczynając od bardzo, BARDZO podstawowych przepisów, a kończąc na wykwintnych daniach rodem z najlepszych restauracji świata będę poszerzać swoje horyzonty, tak jak przystało na prawdziwego blogera. To zaczynamy!

Jak pisałam wcześniej, pierwszy dzień jest rozgrzewką do całej serii. Współpracowałam dzisiaj z doskonałym fotografem i jego idealnie nadającym się do tego typu zdjęć sprzętem. Czyli moja siostra i iphonem. Więcej czasu poświęciłyśmy na robienie zdjęć, niż na same przygotowanie sałatki bez nazwy. Tak, dzisiaj przygotowałam sałatkę, która nie ma nazwy. Powstała ona przypadkiem, jednocześnie z potrzeby jedzenia. To był ten moment, kiedy chcesz coś zjeść a za-specjalnie nie masz pomysłu co.




Do jej zrobienia użyłam oczywiście sałaty, która niegdyś rosła na mojej działce, a teraz skończyła na talerzu. Biedna... Kolejne składniki to szczypiorek, koperek, pomidory suszone, oliwki, kukurydza, słonecznik i czarny, niełuskany sezam. Na koniec sałatkę bez nazwy należy polać olejem z dyni. Nadal nie wierzycie mi, że jest to bardzo spontaniczny przepis?

Wszystko zaczęło się od umycia potrzebnych zielonych składników. Należy je pokroić i dodać wg własnego uznania. W sumie nie musicie ich kroić. Wtedy sałatka bez nazwy nabierze charakteru i unikalnego wyglądu. Niekoniecznie lepszego, ale będzie hipsterska i pokażecie, że sprzeciwiacie się systemowi.  Pamiętajcie, żeby nie przesadzać z suszonymi pomidorami, za to spokojnie można szastać kukurydzą i sezamem. Tego nigdy za wiele.




Jednym z bardzo ważnych czynności było polowanie na oliwki. Zalecam posługiwanie się widelcem. To co zobaczycie, powstało tylko i wyłącznie na potrzeby zdjęcia.


Spokojnie, moje palce mają się dobrze :)

Artystyczne zbliżenie na sezam, wyszło?

Samotna kukurydza pozdrawia




Po wymieszaniu składników nasza sałatka powinna wyglądać jak...  sałatka po wymieszaniu. Kolorowo i w nieładzie. Polać odrobiną oleju z dyni, tutaj już nie będzie wyglądać dobrze, ale smak genialny. Mimo tak abstrakcyjnego połączenia wyszła bardzo dobra. 



Ogłaszam, że sałatka bez nazwy jest jak najbardziej pozytywna. Smacznego!

Co gdyby nie healthy lifestyle?



Leżę sobie na kanapie i umieram ze zmęczenia. Jestem po ciężkim treningu, a jeszcze dobrze nie doszłam do siebie po ostatnim. Zastanawiam się jakby wyglądało moje życie gdyby nie ten czas poświęcony na ćwiczenia, zawody, unikanie jakże pysznych słodkości i ogólne dbanie o siebie.

Zacznijmy może od czegoś co uwielbiają wszyscy, czyli jedzenie! W internecie roi się od super zdrowych przepisów, wystarczy wejść na co trzeciego bloga i można działać cuda. Nawet nie trzeba mieć do tego jakiegoś wielkiego talentu kulinarnego, którym ja niestety nie jestem obdarzona. Ale zobaczycie, kiedyś się nauczę i może powstanie gotujPozytywnie czy coś takiego :)

Jeżeli coś wygląda bosko i smacznie to jest duże prawdopodobieństwo, że przypadnie mi to do gustu. Wiecie, że dopiero w środowisku healthy lifestyle'u miałam do czynienia z owsianką, którą teraz uwielbiam? Poważnie. Od tamtego momentu wiedziałam co czuły misie, kiedy Złotowłosa zjadła ich owsiankę. A potem jeszcze poszła spać w ich łóżku... Skandal.

Po posiłku idziemy poćwiczyć. Jeżeli chodzi o mnie to uwielbiam prawie każdą dyscyplinę sporu, w której można się zmęczyć. Nigdy nie rozumiałam jak bilard czy rzutki mogą być uznawane jako dyscyplina sportowa, ale widocznie to nie moja bajka. Od zawsze kochałam biegać, w wieku przedszkolnym uznałam, że" jestem szybka, szybsza niż samochód". To są moje autentyczne słowa, gdy moja mama poprosiła mnie, żebym uważała na wszystko co mogło by mnie przejechać.

Ale wtedy jeszcze do mnie nie docierało, że moje zamiłowanie do sportu ma jakąś nazwę. O tym dowiedziałam się w szkole, na początku było mi przykro, że jest ktoś kto biega szybciej ode mnie i samochodów jeżdżących po moim osiedlu, ale z czasem to pokochałam. Uwielbiam rywalizację,  motywuje mnie żeby poszerzać swoje możliwości. To co, że stresuje się przy tym niemiłosiernie i przez to skompromituję się przed moją publiką. Rywalizacja jest fajna i tyle.

Możecie obserwować mnie na instagramie i facebooku

Na pewno nie porzuciłabym zdrowego stylu życia z na prawdę ważnego dla mnie powodu. Są nim bardzo pozytywni ludzie. Wiem, że pisałam już o tym kilkanaście razy, ale ludzie są na prawdę interesującą formą życia na ziemi. Mogę się mylić, ale chyba nie ma drugiej takiej radosnej i pełnej samozaparcia grupy! Być może to dzięki niej mam w sobie tyle ambicji i chęci do działania.

Przez sport poznałam fantastyczne osoby, z bardzo różnymi charakterami i poglądami. Jestem żywym przykładem na to, że można przyjaźnić się z ludźmi, którzy kompletnie nie rozumieją twojego spojrzenia na świat i nazywają to naiwnością. Ale uwielbiam ich i nie zamieniłabym na nikogo innego. Wspólna pasja to coś wspaniałego, więc jeżeli macie możliwość należenia do jakiegoś klubu czy innego zgromadzenia to nie wahajcie się i zapiszcie się tam.

Nawet nie wyobrażacie sobie mojego szczęścia gdy znajomi mówią mi, ze zmotywowałam ich do ćwiczeń, pokochali sport i wszystko inne związane ze zdrowym trybem życia. Podobnie mam kiedy podczas rozmowy nawiązują do mojego wpisu na blogu, zazwyczaj o motywacji. Właśnie dlatego nie wyobrażam sobie mojego życia bez tego wszystkiego.

Czasem warto zaryzykować



Hasła, które głoszą "wyjście poza strefę komfortu" sprawdzają się tylko w chwilach wyjścia do sklepu podczas ulubionego serialu. Schody zaczynają się się w momencie zaryzykowania czymś więcej niż informacją kto wygra kolejną edycję programu. Udowodnię, że dzięki wytrwałości, logice i rozwojowi jesteśmy w stanie zrobić na prawdę wiele fajnych rzeczy. Chociażby nawet takich jak spełnienie swoich marzeń.

Człowiek znany i poważany na całym świecie. Zawdzięcza mu się bardzo dużo, właśnie dlatego mówi się o nim, że zmienił świat. Mowa o nieśmiertelnym Steve Jobsie a zarazem marce Apple. W sumie te dwie nazwy stanowią jedność. Jego historię znacie, więc nie będę jej tutaj przytaczać. Jobs popatrzył nieszablonowo, zauważył potencjał czegoś co dla innych, być może nie miało sensu. Uwierzył w pomysł  i razem ze swoimi znajomymi poświęcił miesiące do tworzenia jedynego w swoim rodzaju Apple I. A potem innych modeli, w końcu jego start up przerodził się w korporację. Mimo, że pierwszy komputer Apple zaprojektował od podstaw Steve Wozniak, to Jobs koordynował cały proces rozpowszechniania.

Zanim zdecydujesz się zaryzykować, musisz sam uwierzyć w swój pomysł. Jak chcesz przekonać innych, skoro sam nie jesteś pewny swojego zdania? Musisz udowodnić, że potrafisz zaprezentować swój pomysł w jak najlepszym świetle i to, jak bardzo ci na nim zależy. Dopiero potem szukaj wody do której chcesz wskoczyć.

Richard Branson. Podziwiam tego faceta, mówię tutaj poważnie. Początkowo w ogóle nie interesowała mnie marka Virgin. Ale przypadek tak chciał, że coraz częściej słyszałam to nazwisko. W końcu poszłam po poradę do Google, przebrnęłam przez cały życiorys, wszystkie osiągnięcia dokładnie przeanalizowałam. A jest ich tyle, że wydaje się to niemożliwe, że jest jeszcze coś do zrobienia. Gość zaczynał od sprzedawania świątecznych drzewek! W wieku 20 lat wraz z kumplami założył sklep muzyczny. Podoba mi się określenie "dziewice w biznesie", możliwe, że właśnie stąd wzięto dość nietypową nazwę wielkiej i ponadczasowej marki.



Pewnego dnia Branson chciał zrobić coś więcej niż przeciętny przedsiębiorca. Chciał zrobić coś super. Założył Virgin Atlantic Airways, czyli linie lotnicze. Trzeba przyznać, że mało kto odważyłby się na coś takiego. On jednak podołał temu zadaniu z bardzo fajnym rozwiązaniem. Nie było go stać na sfinansowanie całej inwestycji,  nie wiedział nawet czy idzie w dobrym kierunku. Wymyślił sobie, że wypożyczy jeden samolot z istniejącej już linii lotniczej, a wykupi go dopiero wtedy kiedy uzna, że jest to opłacalne. O dziwo przedstawiciel firmy zgodził się na to i tym sposobem Richard Branson zrobił wielką rzecz, dosyć małym prawdopodobieństwem ogromnego zadłużenia . Teraz jest to najpopularniejsza linia lotnicza.

Dążę do tego, że nie zawsze musimy stawiać wszystko na jedną kartę i warto poszukać zabezpieczenia. Ale nigdy nie rezygnować ze swojego celu widząc ryzyko. Wszystko można zrobić, trzeba tylko znaleźć odpowiednie materiały. Pracuj tak, aby odnieść sukces. Jeżeli już zdecydujesz się coś zrobić, to tak , żeby nie poprawiać.

Myślisz, że siedzenie w kącie i niewychylanie się jest dobrym pomysłem? Wydaje mi się, że nie.
Chcesz pozostawić innym możliwość realizowania się, rozwijania? Na co chcesz czekać? Aż ktoś sprzątnie ci sprzed nosa wszystko to na co tyle pracowałeś? Ludzie są wygodni i z dwojga złego wybierają stabilność. Zawsze przychodzi taki moment, w którym trzeba wybrać. Dzięki ekstremalnym wyborom zbieramy ważne doświadczenie, a w razie nie powodzenia materiał do analizy i poprawienia swoich błędów. Lepiej żeby  coś nie udało, niż trwać w przekonaniu że "no jednak mogłabym spróbować...". Najważniejsze jest nie zwątpić w siebie i trwać w tym do samego końca, albo i dłużej.